Produktywna dwutygodniówka

Cykl: Produktywność
16 lipca 2015

4

Rzadko dałem sobie tak mocno w kość jak prze ostatnie dwa tygodnie. Ale warto było. Szkic mojej nowej książki jest już gotowy.

Postanowiłem zafundować sobie dziesięć, naprawdę morderczych dni. Przeżyłem, bo miałem świadomość, że jak wytrzymam, czeka mnie bardzo przyjemna „marchewka” – dwutygodniowy urlop.

Ale po kolei. Pisanie książki w moim obecnej sytuacji, czasowo, graniczy z cudem. Od bodajże roku, moja dostępność rozkłada się między trzy elementy: praca w projektach (zwykle zżera mi do 50%, a nierzadko i więcej), pisanie bloga, nagrywanie podcastów. Dwa ostatnie elementy, bardzo świadomie traktuję jako część mojego „etatu”.

Jak widzicie, czasu na pisanie książki tutaj nie ma.

Jednak, jak już się pojawił ten zwariowany pomysł w mojej głowie i zacząłem go realizować, zobaczyłem, że mimo szczerych chęci pisarskich, po prostu nie mam tego kiedy robić. W mojej dostępności, nie ma miejsca na kolejną cegiełkę.

Nie było szans, żebym pracował w projektach, pisał bloga, nagrywał podcasty i jeszcze pisał książkę. Dlatego, jak pewnie już zauważyliście, ostatnimi czasy, pisanie bloga, zeszło na dalszy plan. Bo… na tapecie jest książka.

Ale, jak to zwykle w życiu bywa, rzeczywistość jest zbyt złożona, żeby się ją dało zaplanować. Projekty zaczęły mi zżerać czas przeznaczony na pozostałe cegiełki.

Terapia szokowa

I tak, po nitce do kłębka, w mojej głowie pojawił się zwariowany pomysł, żeby zastosować terapię szokową.

Na dokładnie dwa tygodnie, postanowiłem olać wszystkie moje pozostałe aktywności i skupić się tylko na jednej rzeczy – na pisaniu.

Dlaczego na dwa tygodnie? Bo na więcej nie miałem czasu. A poza tym, gdyby mój sprint potrwał dłużej, pewnie nie wytrzymałbym tempa.

Produktywna dwutygodniówka

„Produktywna dwutygodniówka — bo tak ją sobie roboczo nazwałem – to dziesięciodniowy sprint, w którym świadomie zobowiązujecie się, że w tym czasie, dacie z siebie absolutnie wszystko, żeby tak bardzo jak tylko się da popchnąć wasz projekt do przodu.

Produktywna dwutygodniówka nie zakłada, że skończycie swój projekt. Celem tego morderczego wysiłki jest zrobić tyle, ile możecie. Nie więcej.

Krok po kroku

Oto jak wyglądało to w moim przypadku:

  1. Pobudka – rano! Musicie wiedzieć, że kto jak kto, ale ja na pewno nie jestem typem rannego ptaszka. Wczesne zrywanie z łóżka w ogóle mi nie służy. Ale, w tym wypadku było inaczej. Bo była „marchewa”! Wiedziałem, że cała moja udręka skończy się za 10 dni. Wyjadę na urlop i będę sobie spał do woli. Wstawałem więc o 5.30 rano. Włączałem ekspres do kawy i jak najszybciej zabierałem się za pisanie.
  2. 90-minutowe interwały. Pracowałem w czterech 90-minutowych blokach czasowych. W ten sposób codziennie pisałem dokładnie 360 minut. Dlaczego 90 minut? Testowałem różne techniki – był „pomidor”, bloki 30 minutowe, 60 minutowe… 90 minut sprawdziło się najbardziej. Z kolei, powyżej tych 90 minut przestaję być w ogóle wydajny.
  3. Przerwy – 15 minut. Między każdym blokiem robiłem sobie obowiązkowe 15 minut przerwy, czasem dłużej. Zauważyłem, że bardzo ważne jest, co robicie w tym czasie. Nie polecam spędzać go przed komputerem, robiąc sobie na przykład przegląd prasy, czy czytając maile. W moim przypadku najlepiej sprawdzał się balkon. Wychodziłem z kotami i starałem się przewietrzyć płuca.
  4. Maile – dwa razy dziennie. To jest nawyk, który udało mi się wypracować już jakiś czas temu i przy mojej dwutygodniówce okazał się szczególnie pomocny. W drugim tygodniu, jak się trochę rozpędziłem, maile sprawdzałem tylko raz dziennie. W ten sposób jeszcze bardziej mogłem się skoncentrować na tym, co miałem do zrobienia.
  5. Regularne przeglądy. Co kilka dni, zwykle co dwa, wysyłałem mój tekst Oli (dla niewtajemniczonych – żona), która robiła pierwszą redakcję tekstu. Bardzo podobnie było zresztą w przypadku mojej książki o Scrumie. Ola zawsze była pierwszą osobą, która dostawała mój tekst do ręki, czytała go i mówiła, czy mogę go puścić, czy nie. Jeżeli ogólne wrażenie było dobre, zabierała się za poprawki. Muszę Wam powiedzieć, że takie dzielenie się tym, co zrobiliśmy działa mobilizująco i daje dodatkowego kopa.

Dwa mordercze tygodnie mam już za sobą. Muszę przyznać, że wcale nie było aż tak źle, jak sobie na początku myślałem. Naprawdę da się przeżyć.

Teraz, czuję mega dużą satysfakcję, że wytrzymałem, tym bardziej, że udało mi się sporo nadgonić z książką. Mam też fajne narzędzie, które w przyszłości na pewno jeszcze nie raz wykorzystam, żeby zrobić tyle, ile się da  w możliwie krótkim czasie.