Jak robić więcej, robiąc mniej? Mój sekretny sposób na większą produktywność

Cykl: Produktywność
18 marca 2015

5

Odkąd na serio zabrałem się za blogowanie, na różne sposoby, z uporem maniaka, szukałem świętego Graala, który pomógłby mi zwiększyć moją osobistą produktywność.

Kiedy pisałem książkę o Scrumie, wymyśliłem sobie, że najlepiej będzie jak zamknę się na trzy miesiące w pokoju i nic innego nie będę robił, tylko pisał. Tak też zrobiłem. Podjąłem męską decyzję i odłożyłem na bok wszystkie inne projekty wdrożeniowe u klientów, żeby całkowicie poświęcić się pisaniu. No wiecie… taki łagiewnicki święty spokój – twórczy.

Pracowałem 6 dni w tygodniu. Zwykle startowałem o 9.00 i kończyłem między 18.00 i 19.00. W ciągu dnia, miałem jedną dłuższą przerwę na obiad, i kilka krótszych pomiędzy. Wtedy najczęściej wlewałem w siebie ogromne, końskie dawki kofeiny, żeby raz dwa stanąć na nogi i dalej pisać.

Wieczorem, obowiązkowo szedłem biegać. Czasem na 30 minut, a czasem na godzinę. Potem kolacja, i padałem na pysk. Tak, mniej więcej wyglądał mój dzień.

Po jakimś czasie czułem się jak maszyna. Niczym jakiś komputer, startowałem na początku dnia, „mieliłem” robotę, aż robił się wieczór. Znajomi mówili: – Fajnie masz! Siedzisz sobie w domu…

Mimo, że siedziałem przy biurku po kilkanaście godzin dziennie, robota przelewała mi się między palcami. Powiem, zupełnie bez ściemy – więcej czasu poświęcałem wtedy na niepisanie, niż pisanie książki. Zajmowałem się różnymi pierdołami, byle tylko nie pisać. Odpisywałem na maile, odbierałem telefony, buszowałem w sieci.

Szybko zorientowałem się, że najbardziej wydajny jestem po południu – między godziną 15.00 i 18.00. Do tego mniej więcej czasu udawałem, że pracuję. Po południu powstały najlepsze moje teksty, które nadawały się na umieszczenie w książce. Wcześniej byłem kompletnie nieproduktywny.

Taka praca nie ma sensu!

Chwilę po tym, jak zacząłem pisać bloga, wiedziałem, że nie mogę sobie pozwolić na taki „komfort” znikania na tydzień i tylko-pisania.

Szukałem różnych technik, które mogłyby mi pomóc pogodzić regularne blogowanie z innymi projektami.

Zacząłem od najbardziej chyba znanej techniki „pomidora”.

Technika „Pomidora”

Jej nazwa pochodzi od kuchennego czasomierza, który w swoim kształcie przypomina pomidora. Podstawowe założenie tej techniki polega na tym, że pracujemy w krótkich 25-minutowych odcinkach czasu. W tym czasie maksymalnie koncentrujemy się na realizowanym zadaniu. Potem jest czas na krótką, 5-minutową przerwę – żeby złapać wiatr w żagle, wstać od biurka i zebrać siły przed kolejnym zadaniem.

Technika „Pomidora”, mimo że bardzo wiele osób ją lubi i stosuje, w moim przypadku kompletnie się nie sprawdziła. Przede wszystkim, źle mi się pracowało w interwałach 25-minutowych. Były dla mnie za krótkie. Zanim ruszyłem, musiałem kończyć, bo „pomidor” krzyczał, że czas na przerwę. Jak mijało 5 minut, nie mogłem wrócić do tego, co było przed przerwą.

O, ile technika „pomidora” w moim przypadku się nie sprawdziła, jej stosowanie nauczyło mnie jednej cennej rzeczy – warto, w pełni, poświęcić się pracy nad jednym zadaniem i mieć na to ściśle wydzielony czas. Technika „pomidora” pokazała mi kierunek. Wiedziałem, że w moim przypadku odcinek, w którym maksymalnie koncentruję się na pracy trzeba wydłużyć. Tylko o ile?

90-minutowe interwały

Tony Schwartz, specjalista od spraw przywództwa, w książce „Taka praca nie ma sensu!”, zwraca uwagę na jeden bardzo ciekawy fakt, związany z tym jak funkcjonujemy w życiu. My, ludzie, jesteśmy bytami „falowymi”, a nie linearnymi. To znaczy, że działamy falami, rytmami, porami roku i cyklami. I nikt z nas nie może pracować jednym ciągiem, bez przerwy.

Ale na tym nie koniec. Podobnie jak istnieją różne fazy snu w życiu człowieka,tak samą istnieją różne cykle „na jawie”, które trwają około 90 minut. Bingo! Miałem gotową odpowieź.

90-minut, w moim przypadku, to minimalny czas, który muszę poświęcić na napisanie jakiegoś wartościowego tekstu. W tym czasie, zamykam się w pokoju (rodzina wie, że mnie nie ma dla nikogo) i wyłączam telefon. Z sieci korzystam tylko po to, żeby coś podlinkować lub poszukać badań, które zilustrują stawianą przeze mnie tezę.

Po każdej takiej 90-minutowej fali robię sobie przerwę, żeby trochę odciążyć mózg – idę pobiegać, jem obiad, czytam książkę, sprzątam pokój.

Jeżeli przygotowuję dłuższy tekst, po przerwie wracam, i zaczynam pracę w kolejnym 90-minutowym cyklu. Potem znowu regeneracja. I tak, aż skończę.

U mnie się sprawdza

W moim przypadku, takie podejście sprawdza się znakomicie. Potrzebuję dokładnie 90-minut, żeby napisać coś wartościowego. Porównując to podejście to tego, co robiłem wcześniej, mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że teraz robię więcej, w krótszym czasie.

Praca w 90-minutowych interwałach pozwala mi płynnie przejść od pozytywnego zużycia energii do jej regeneracji.

Wcześniej robiłem dokładnie odwrotnie. Kiedy moje zapasy energii zaczynały się zużywać, stawałem na głowie, żeby „przetrwać” – sięgałem po kawę, otwierałem czekoladę, zaciskałem zęby i pracowałem dalej. Robiłem wszystko, żeby za wszelką cenę przetrwać ten moment „słabizny”.

Problem w tym, że kiedy moja walka o przetrwanie trwała zbyt długo, dopadało mnie zwykłe wypalenie. I już mi się nie chciało.

Praca w 90-minutowych odstępach czasu, w moim przypadku to prawdziwy „game changer”. Nie stosuję jej codziennie. Przydaje się głównie przy pisaniu bloga, przygotowywaniu prezentacji, a ostatnio także, przy podcastach.

Ooo… Została mi jeszcze tylko minuta z dziewięćdziesięciu. Muszę kończyć.

Nie wierzycie, że działa? Spróbujcie stosować taki 90-minutowy buforek na pracę – tylko przez tydzień. Ciekaw jestem, jak wam pójdzie.