Zawód „Bazgracz”

Cykl: Kreatywni
27 marca 2014

2

Złapaliście się kiedyś na tym, że w trakcie rozmowy telefonicznej, ot tak po prostu, mimochodem, bazgraliście coś na kartce papieru? Na pewno tak. I gdybyście bliżej przyjrzeli się tym bazgrołom, jestem przekonany, że bez najmniejszych problemów, moglibyście odtworzyć przebieg waszej konwersacji.
W 2009 roku, na Uniwersytecie w Playmouth przeprowadzono badania, które symulowały sytuację bardzo zbliżoną do opisanej. Uczestnicy badania mieli za zadanie odsłuchać nagraną rozmowę telefoniczną i streścić jej przebieg. Jak się domyślacie, ci którzy w trakcie odsłuchiwanej rozmowy bazgrolili coś bezwiednie w swoich notesach byli w stanie odtworzyć o 29% więcej szczegółów niż osoby, które nie „bazgrały”.

Ostatnio zauważyłem, że takie „bazgrolenie” zaczyna być coraz częstszą praktyką podczas różnego rodzaju konferencji biznesowych. Najczęściej wygląda to tak, że podczas organizowanych warsztatów lub prelekcji pojawia się profesjonalny grafik, który pełni rolę sekretarza spotkania. Jedyna różnica polega na tym, że zamiast pisać, rysuje.  Zawód profesjonalnego „bazgracza” doczekał się już nawet swojej nazwy: facylitator graficzny. David Hauser, jeden ze współzałożycieli firmy Grasshopper, zajmującej się dostarczaniem rozwiązań w zakresie wirtualnych systemów telefonicznych, za takiego profesjonalnego „bazgracza” zapłacił $3.000. „To naprawdę nam bardzo pomogło, niesamowicie usprawniło komunikację” – mówi Hauser. W trakcie dwudniowych warsztatów, gdy ośmiu członków kadry zarządzającej definiowało cele strategiczne firmy, „bazgracz”, na wielgachnej, kilkumetrowej tablicy wizualizował to, o czym była mowa. Całość została później sfotografowana, fragmenty sesji wydrukowano na okładkach notesów firmowych, część grafik pojawiła się na firmowej stronie.

Suni Brown, autorka książki The Doodle Revolution: Unlock the Power to Think Differently (polecam bardzo!) „bazgrolenie” definiuje, jako „spontaniczne stawianie znaków, żeby sobie ułatwić myślenie”. Jak to może wyglądać? Poniżej kilka firmowych „bazgrołów”. Enjoy!


Najważniejsze w tym wszystkim jest to, że nie ważne, czy potraficie rysować, czy nie. Wcale nie musicie być grafikami z prawdziwego zdarzenia, żeby coś „nabazgrolić”. Nie w tym rzecz. Wrażenia estetyczne mają tutaj zupełnie drugorzędne znaczenie. Ważne jest, żeby dać się ponieść myśli; żeby poczuć na własnej skórze to, co chcecie zakomunikować. To bardzo ważne. I… „bazgrolić”. Po prostu.

Tego się można nauczyć. Sam jestem tego najlepszym przykładem. Pamiętam, że kiedy zaczynałem prowadzić swoje pierwsze szkolenia, (było to blisko dziesięć lat temu), praca „z tablicą” wcale nie przychodziła mi łatwo. Nie wyobrażałem sobie, że można pracować z grupą „bez slajdów” (Sic!). PowerPoint działał na mnie jak krople walerianowe. Dzięki niemu czułem się jakoś bardziej pewnie, bezpiecznie. Flipchart, czy tablicę omijałem szerokim łukiem. Pamiętam, że największym problemem było jakieś takie dziwne przekonanie, że jak tylko zaczynam rysować, to przestaję mówić. A jak zaczynam mówić, to przestaję rysować. Ta cisza wydawała mi się niemożliwie długa. Paraliżowała mnie. No i minęło dobrych kilka lat, zanim się w końcu przełamałem i zacząłem po prostu „bazgrolić”.

Graficzna wizualizacja bardzo skraca proces naszego myślenia. Sprawia, że nasze synapsy wyginają się w kreatywnym tańcu. „Bazgrolenie” jest też ważnym elementem kultury whiteboardu, która od niedawna, głównie za sprawą metod agile, pojawia się w naszych firmach.

Zatem „Bazgracze” – do tablic! Wszyscy.