Porażka na ścianie

Cykl: Kreatywni
14 lutego 2014

2

Kilka dni temu, Adam, jeden z moich ulubionych Scrum Masterów (od jakiegoś czasu prowadzę swój osobisty ranking), pokazał mi dość osobliwą praktykę, którą, razem z zespołem, wprowadził w swoim projekcie. Otóż, mniej lub bardziej regularnie (co piątek) spotykają się, żeby pogadać o porażkach. Nie gadają o dobrych praktykach, co działało i jak można by to wprowadzić w innych projektach, ale chwalą się tym, co totalnie im nie wyszło. Odwrócili kota ogonem. I mocno im w tym kibicuję.

Do zbierania informacji o porażkach służy im niewielka tablica, przed którą co tydzień, wszyscy uczestnicy spotkania próbują sobie odpowiedzieć na następujące pytania:

  1. Co w tym tygodniu spierdoliłem?
  2. Jaką żabę gotuję? (w myśl zasady, że żaba włożona do garnka z letnią wodą, postawionego na ogniu, będzie w niej siedzieć, aż się ugotuje)
  3. Co z tego wynika?

Podobny pomysł, kilka lat temu, wprowadził do swojej firmy Jeff Stibel, CEO Dun & Bradstreet Credibility Coroporation. Idea była bardzo podobna. Pewnego dnia, na dużej firmowej ścianie pojawiła się biała tablica, na której pracownicy za pomocą ścieralnego markera mogli „świętować” różne swoje porażki. Mogli się nimi chwalić. Jak mówi Stibel, pojawienie się tablicy było dość spontaniczne.

Pewnego dnia, razem z asystentką, zaczęliśmy wypisywać cytaty różnych sławnych ludzi, które dotyczyły porażki – mówi Stibel. Potem, do listy cytatów, dopisałem kilka swoich osobistych wpadek. I tak to się zaczęło. Pracownicy, gdy tylko sobie uświadomili, że za pisanie o błędach nikt im w firmie głowy nie urwie, początkowo nieśmiało, a potem już bardziej odważnie, zaczęli dzielić się swoimi potknięciami.

Wszystko odbywało się w sposób dość niekontrolowany. Nie było cotygodniowych spotkań, nikt nie definiował akcji korekcyjnych. Każdy mógł podejść do tablicy i podzielić się swoimi potknięciami. Tablica żyła trochę swoim życiem. Ale chyba najważniejsze było to, że żyła. Porażki pojawiały się i znikały. Ludzie wzięli sprawy w swoje ręce.

Myślę, że jednym z poważniejszych wyzwań współczesnego systemu zarządzania jest tolerancja porażki, przyjęcie na klatę, że my-ludzie rozwijamy się dzięki swoim błędom. Jest to jedna z kontrintuicyjnych nauk, których nie chcemy przyjąć w naszej kulturze, która jest przede wszystkim nastawiona na sukces. Musimy się wyzwolić, żeby dobrze błądzić. A dobrze błądzić, to uczyć się na błędach.

Porażki biorą się z próbowania. A im więcej próbujesz, tym częściej zaliczasz glebę, to jasne. Ale też zwiększasz swoją szansę na sukces. To na pierwszy rzut oka banalne stwierdzenie. Ale ten, kto podejmuje najwięcej prób, ten naprawdę wygrywa. Akurat mam tę frajdę, że, na co dzień pomagam firmom wdrażać zwinne metody pracy i bardzo dużo mam do czynienia zarządzaniem zmianą w organizacji. I prawie zawsze jest podobnie. Na początku, obsesyjne planowanie, przewidywanie (do bólu) każdego najbardziej mrocznego scenariusza i ogólne zblokowanie – przed tym, że się nie uda; że polegniemy, że stracimy status quo…

Ten strach (przed porażką) wszystkich nas paraliżuje. W gruncie rzeczy jest to strach przed rozpoczynaniem. Kiedy się go pozbędziecie, osiągnięcie 90% sukcesu.