O mojej wczorajszej przygodzie z walizką w tle

Cykl: Kreatywni
12 sierpnia 2014

3

Wczoraj, około godziny jedenastej w nocy, dotarłem w końcu do hotelu. Było niemożliwie gorąco. Zresztą dzisiaj nie jest inaczej. Mam wrażenie jakbym się topił. Na zewnątrz jest chyba ze czterdzieści stopni. W Rumunii jestem już trzeci raz w tym roku. Tym razem z małymi przygodami.

W Krakowie, kiedy autobus miał już nas zawieść do samolotu, nad lotniskiem rozpętała się gwałtowna burza. Przez moment zrobiło się ciemno. Na płytach lotniska tańczyły wiatr, woda. „Ze względu na trudne warunki pogodowe – usłyszałem, samolot zostanie opóźniony”. Niestety, musieliśmy zawrócić do hali terminalu. I czekać. Czekać. Po godzinie było już po burzy. Zaczęła się odprawa. Potem znowu autobus, samolot, chmury i wyżej-niż-chmury. Szczerze mówiąc, do końca nie wiedziałem, czy lecieć, czy nie lecieć. Moje szanse na to, że zdążę na drugi samolot, z Monachium do Timisoary, były znikome. Ryzyk-fizyk – pomyślałem. Jakoś tak mam, że nie lubię przekładać raz zaplanowanych działań. No i siedziałem w samolocie. W Monachium byłem o siódmej wieczorem i miałem dokładnie piętnaście minut na przesiadkę. Musiałem tylko przejść przez kontrolę paszportową i dobiec do bramki H41, z której była odprawa. Punkt 7.05 zacząłem biec przez halę lotniska. Góra, dół, znowu góra, pokazanie dowodu, zadyszka, bieg, wskoczenie na ruchomą bieżnię, wyskoczenie z bieżni, potrącenie dwóch chińskich turystów, zapalczywe „sorry” na lewo i prawo, bieżnia, z bieżni, na bieżnię, skok w lewo do H38, nie ma przejścia, wybiegnięcie z H38 tuż za szklaną ścianą, skok w lewo do H39… W końcu. Wir haben noch Herr Szrapko… – usłyszałem. Odbiłem bilecik i czym prędzej zbiegłem schodami w dół do autobusu, który na mnie czekał. Zdążyłem.

W samolocie, brakowało mi tylko butli z tlenem. Lecieliśmy.

W Timisoarze wylądowaliśmy około dziesiątej lokalnego czasu. Jeszcze tylko walizka – pomyślałem i do hotelu. Tak, walizka… Walizka? Gdzie u licha jest moja walizka? Nie było. No nie. Zawsze wyobrażałem sobie tę chwilę. Teraz w końcu zły sen się spełnił. Jutro prowadzę szkolenie i nie mam walizki, w której miałem wszystkie materiały szkoleniowe. Wszystkie, gry, ping pongi, pisaki, blue tac… Wszystko, co jest mi potrzebne. Mój strój trenera pozostawiał też wiele do życzenia. Miałem na sobie czarną koszulkę z wizerunkiem pana Whyte’a z „Breaking Bad”, z mocno bijącym po oczach napisem „I Am the Danger”. Co tam koszulka. Gorsze były materiały. Na lotnisku zostałem oficjalnie, w imieniu linii lotniczych przeproszony i na pocieszenie wręczono mi tzw. „overnight kit”. To taki czarnych woreczek, który zawiera niezbędnik na czarną godzinę: biały T-Shirt w rozmiarze XXL, fa-w-kulce, szampon do włosów, żyletka i krem do golenia, który śmierdział garbarnią (serio), szczoteczka do zębów, proszek do prania i składany grzebyk-lusterko. No, tak to można żyć. Od razu mi się zrobiło lepiej.

A dzisiaj prowadziłem szkolenie. Zaczęliśmy od tego, że przez godzinę ludzie znosili różne sprzęty do sali. Pierwszy projektor ze spaloną lampą. Drugi projektor z dobrą lampą, ale bez kabli. Flipchart z pięcioma kartkami. Dwie rolki nowych kartek do flipcharta. Krzesła. Markery niepiszące. Markery piszące. Ciastka. Wodę pitną. Kawę pitną. Czasem niektórzy klienci się dziwią, dlaczego jestem godzinę wcześniej przed szkoleniem. Właśnie dlatego. W końcu ruszyliśmy.

I wiecie co? Mimo tych wszystkich niepowodzeń; mimo braku walizki, materiałów szkoleniowych, gier, gadżetów, pisaków, blue tacka i Bóg wie czego jeszcze, dzisiejszy dzień był jednym z ciekawszych dni szkoleniowych, jakie mi się w życiu przytrafiły. Bo czasami trzeba nie mieć nic, żeby wyszło z tego coś fajnego. Ta wczorajszo-dzisiejsza przygoda nauczyła mnie jeszcze jednego: nie należy się zbytnio przywiązywać się do życiowego status quo, bo ktoś może nam zgubić walizkę.