Bądź naśladowcą (pierwszym!)

Cykl: Menedżer Plus
29 grudnia 2013

3

Ludzie czasem pytają mnie, co zrobić, żeby przekonać wyższe kierownictwo do wdrożenia metod agile w firmie. Nie ucieszy was to, co powiem, ale nie wiem. Po prostu.
Według mnie raczej słabo sprawdzają się jakiekolwiek racjonalne argumenty. Podobnie jest ze statystykami, przykładami sukcesu innych firm, czy opowiastkami w stylu: „z pewnością będzie wam się żyło lepiej, jeżeli wprowadzicie taką, a taką zmianę”. Nidyrydy. Możecie się nagadać, naprzekonywać, i nic. Nie twierdzę, że to złe metody. Po prostu widzę, że ich skuteczność jest bliska zeru. Zauważyłem też, że o wdrożeniu agile firmie, bardzo często decyduje czynnik zupełnie nieprzewidywalny, jakiś pierwiastek magiczny, czy coś.

Udało się, bo menedżer czytał książki

Pamiętam moje pierwsze wdrożenie Scruma w dużej firmie IT, w której kiedyś pracowałem. Trzy miesiące łaziłem na różnego rodzaju spotkania, ewangelizowałem, żarliwie, a jakże (de profundis było, od serca). Na każdym spotkaniu wymyślaliśmy koło od nowa. „A bo dla mnie Scrum to to i to”. „Mylisz się. W Scrumie wcale o to nie chodzi”. W spotkaniach, za każdym razem uczestniczyło po kilkunastu menedżerów. I nic. Gadu, gadu… Baju, baju… Czas leciał. I nic z tego nie wynikało. Aż w końcu impas został przełamany. Nie uwierzycie jak. Szef IT w podróż służbową zabrał kilka książek na temat agile. I ruszyło. Pamiętam, jak dziś. Pojechał w czwartek, a w poniedziałek na spotkaniu statusowym obwieścił światu dobrą nowinę: „Będziemy wdrażać agile. Bierzemy byka za rogi! Będzie Scrum (zabrzmiało jakby Stanisław Anioł mówił o założeniu chóru w Alternatywach 4) I tak to się zaczęło.

Jeżeli wasz szef nie czyta książek w samolocie, polecam inną metodę, sprawdza się w 99% przypadków. Sprowadza się do jednego prostego imperatywu: „Bądź naśladowcą!”

Samotny szaleniec

W 2010 roku Derek Sivers, założyciel CD Baby, miał bardzo ciekawe wystąpienie na konferencji TED. Cała jego narracja, w całości została zbudowana na youtube’owym filmiku, który zaczynał się sceną, w której jedna osoba zaczyna tańczyć na boisku. Scena jak scena. Ważne, co stało się potem. Potem ołączyła druga osoba, która zaczęła naśladować taniec wodzireja. A potem? Wirus. Do tańczącej pary dołączyła kolejna osoba, i kolejna. Aż w końcu cały tłum rzuca się w szalony taniec. Zobaczcie sami.

Pierwszy naśladowca jest bardzo ważny. Dzięki niemu lider staje się bardziej wiarygodny. Kolejne osoby, które dołączały do rozkosznej zabawy, nie naśladowały już tylko lidera, ale także jego naśladowcę. Sivers mówi:

Pierwszy naśladowca zamienia samotnego szaleńca w lidera.

Jak go znaleźć?

Na początek, przestań szukać. Bo, od naśladowcy ważniejszy jest lider. Ktoś, kto zacznie tańczyć. To na nim powinniście skupić swoją uwagę. W każdej firmie jest ktoś taki. Na bank. Już teraz, Wasz mózg niczym jednoręki bandyta sypie deszczem złotych monet liderów-tancerzy – ludzi, których znacie, z którymi pracujecie, których być może nawet chcecie naśladować. Pamiętajcie, że to musi być ktoś z wizją, trawiony potrzebą zmiany, przekonany do niej. No, i powinien też umieć tańczyć. Reszta pójdzie już łatwo. Zobaczycie, że naśladowca szybko się znajdzie. Potem będzie ich przybywać. Nim się obejrzycie, cała kadra menedżerska (dotąd nieprzekonana) zacznie tańczyć. Gdy wasza impreza nieźle się rozkręci, nie spartolcie tego! Będziecie mieli przekonanych menedżerów. Co z tym zrobicie? To już temat na inną historię.